Nie piszę tego, że „nie daję rady”. Piszę, bo przez ostatnie miesiące próbowałem zrobić wszystko, żeby pięć silnych psów pracujących mogło nadal żyć razem jak jedna rodzina. I długo naprawdę się udawało.
Mam swoje trzy przygarnięte psy: Kapitana Dreake, Korę i Ryszarda. Potem pojawiły się kolejne dwa: Cocolino i Gutek (Guchini). Miały zostać chwilę. Pomoc dla człowieka z grupy od wyżłów. Zostały do dziś.
Pięć psów. Jedna sfora. Las. Rzeka. Wspólne spacery, wspólne spanie, wspólne życie.
Ale wyżły, drahthaary i psy pracujące mają w sobie coś, czego wielu ludzi nigdy nie zobaczy ani nie zrozumie. To nie są zwykłe psy. To instynkt, pasja, inteligencja, ogromna emocjonalność i energia, która potrafi być jednocześnie czymś pięknym i bardzo trudnym.
Cocolino i Gutek są razem od małego. Prawdopodobnie były szkolone do polowań na dużego zwierza. Współpracują niemal jak jeden organizm. Ja nie poluję — ale próbowałem zastąpić im to wszystko: lasami, ruchem, pracą, zadaniami, rzeką, kilometrami spacerów i codziennym zmęczeniem fizycznym oraz psychicznym.
Aż do momentu, kiedy między sukami pojawił się konflikt. Najpierw niewielki. Potem coraz większy. Wtedy zrozumiałem, że nawet przy ogromnej ilości pracy, serca i poświęcenia można stanąć naprzeciw sytuacji, której wcześniej po prostu się nie rozumiało.
I nie dopuszczę do kolejnej tragedii. Choćby oznaczało to życie między bramkami, drzwiami i ciągłym pilnowaniem wszystkiego.
Niedawno kupiłem stary dom blisko lasu i rzeki. Krok po kroku próbuję zrobić tam mały psi raj. Miejsce dla wyżłów, drahthaarów i psów, które potrzebują więcej niż tylko miski i spaceru wokół bloku. Ale jestem sam — i poświęcam psom ogromną ilość czasu, często kosztem pracy, pieniędzy i własnego życia.
Bo może właśnie z takiego chaosu powstanie kiedyś miejsce, które uratuje jeszcze wiele innych psów.

